
Porównywany do Władcy Pierścieni monumentalny cykl fantasy, który pokochało ponad 40 milionów czytelników na całym świecie
Rand al’Thor prowadzi polityczne i militarne działania, mające na celu zjednoczenie rozdrobnionych królestw i odnowienie sojuszy na czas Ostatniej Bitwy. Kiedy on za wszelką cenę próbuje powstrzymać pochód Seanchan na północ i dąży do czasowego przynajmniej zawieszenia broni z najeźdźcami, jego przyjaciele i sojusznicy z przerażeniem obserwują Cień, którego źródłem wydaje się być samo serce Smoka Odrodzonego.Z kolei Egwene al’Vere, Zasiadająca na Tronie Amyrlin, zostaje uwięziona w Białej Wieży, a potem wydana na łaskę i niełaskę tyrańskich kaprysów jej władczyni. Od cierpliwej walki Egwene zależy nie tylko los Aes Sedai, i ale także całego świata.Wielkimi krokami zbliża się bowiem Tarmon Gai’don, Ostatnia Bitwa. A ludzkość wciąż nie jest na nią gotowa...
„Jedna z najlepszych książek w całym cyklu. Szybkie tempo akcji przybliża nas coraz bardziej do finałowego starcia, emocje rosną z każdą kolejną stroną!”
– Fantasyliterature.com
Podmiot odpowiedzialny za bezpieczeństwo produktu: Zysk i S-ka Wydawnictwo S.J., Wielka 10, 61-774 Poznań (PL), numer telefonu: 616706619, adres e-mail: sekretariat@zysk.com.pl
| Autor | Robert Jordan, Brandon Sanderson |
| Wydawnictwo | Zysk i S-ka |
| Seria wydawnicza | Koło Czasu |
| Rok wydania | 2024 |
| Oprawa | twarda z obwolutą |
| Liczba stron | 1008 |
| Format | 14.0 x 20.5 cm |
| Numer ISBN | 978-83-8335-215-2 |
| Kod paskowy (EAN) | 9788383352152 |
| Data premiery | 2024.04.19 |
| Data pojawienia się | 2024.03.26 |
Produkt niedostępny!
Ten produkt jest niedostępny. Sprawdź koszty dostawy innych produktów.
Wciąż nie potrafię uwierzyć, że przeczytałam już dwunasty tom serii Koło czasu, tym bardziej, że to najgrubsza i najdłuższa seria jaka przeczytałam. Zabrałam się za ten tom gdzieś w połowie lipca. Z oczywistych względów ma czytanie każdego tomu potrzeba naprawdę sporo czasu, gdyż mało, że książka ma przeszło tysiąc stron, to jeszcze wydana jest mniejszym drukiem ciaśniej osadzonym. Słowo wstępne mnie trochę wzruszyło, gdyż to tutaj dowiadujemy się, że serię dokończy pisać najbardziej zagorzały fan autora czyli Brandon Sanderson. Oczywiście nie zmieniał fabuły, kierował się szczegółowymi notatkami zmarłego już właściciela historii, jednak pozwolił sobie opowiedzieć ją na swój sposób. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy podczas czytania, to cudowne opisy, które nie były duszne i nie przedłużały się w nieskończoność. Oczywiście nadal zajmują większą część książki, ale są wyważone, dokładne nie tylko pod względem wyglądu, ale i jakby uczucia, bez względu na to czy opisywał człowieka, czy naturę, lub konkretne krzaki. Co postać, to zastanawia się nad tym, co ma przed oczami. Snuje powolne myśli, ocenia swoje możliwości i gdyba co by się stało, gdyby to czy tamto. Co mnie tu zaskoczyło, to zmiana postaci. Ich charaktery uległy polepszeniu, jakby zwierciadło odbiło sobie ich minusy na plusy i odwrotnie. Nawet rozmawiając ze sobą, są ciekawi uczuć innych ludzi, jakby oczekiwali potwierdzenia, że nie skrzywdzili kogoś przez nieuwagę. Wcześniej porównania bywały bardzo rozległe, przyrównywane do starszego słownictwa. Teraz jest ono bardziej współczesne, jakby cała opowieść zyskała dwadzieścia lat mniej. Nie dostrzegłam tutaj również przedłużających się osobnych historii o każdej napotykanej na drodze postaci. Są przedstawieni, owszem, ale z bardziej obecnej perspektywy, więc wielowątkowość powieści znaczenie się zmniejszyła. To oczywiście na plus, bo nie ulegamy rozstrojowi wydarzeń. Jeśli już doszło tutaj do starcia, to byliśmy skupieni tylko na nim, a nie na opisach padających strzał, czy innych rzeczy niewiele mających wspólnego z bitwą. I choć czytając wiemy, że to jest ta seria, którą uwielbiamy, to jednak czuć, że coś się zmieniło. Więcej wędrówek i starć, a dużo mniej ukazanych scen pobocznych i postaci ukazujących się tylko na chwilę. Może to głupie, ale podczas czytania czułam, że tamtego autora już nie ma. Postacie pozostały, bitwa goni bitwę, władczyni pokazuje pazurki, a niecierpliwość kolejnych wydarzeń ogromnie wciąga, jednak czegoś tu brakuje. To pierwszy z innego rodzaju tej samej historii, więc czekam na następny tom, by zobaczyć, czy będzie podobny, czy jedynie moje wrażenie się tylko zmieniło. Jednak nadal niesamowicie ją polecam!
„Pomruki burzy” to już dwunasty tom cyklu: Koło Czasu i jestem zaskoczona, że tak niewiele pozostało do tego ostatniego. To także pierwsza książka napisana po śmierci Roberta Jordana przez Brandona Sandersona. Nim po nią sięgnęłam zastanawiałam się, czy będę potrafiła odróżnić style autorów i dostrzec różnice w prowadzeniu narracji. Myślę, że każdy się nad tym zastanawiał, co jednak sprawiło, że równie z dużym zaangażowaniem rozpoczęłam przygodę z tym tomem.
W „Pomrukach burzy” Rand bardzo się zmienia, wydarzenia, które dzieją się wokół niego, sprawiają, że czuje się sfrustrowany. Zmienia się jego związek z Min i Cadsuane. Spotkanie z Tamem było w pewnym sensie momentem rozdzierającym serce. Wydarzyło się wiele rzeczy, , a ich skutki czasami wywoływały we mnie złość, smutek, sfrustrowanie. Bardzo przejmowałam się bohaterami, że patrzenie na ich cierpienie, zwłaszcza Randa, który na swoich barkach niesie losy świata, jest jak cios, jak zaciskająca się dłoń wokół mojego serca. Perrin pokazał chęć wkroczenia na ścieżkę odkupienia, Mat pomimo maski, którą nosi jest troskliwym mężczyzną, choć trochę szorstkim. Rand musiał walczyć sam ze sobą i rosnącym szaleństwem, prowadził polityczne i militarne działania, jedyne, co miał na celu to zjednoczenie królestw, a także sojuszy, aby mieć szanse w Ostatniej Bitwie.
Rand chce po prostu stoczyć ostatnią bitwę i umrzeć, ma traumę po tym wszystkim, co się wydarzyło. To tragiczne i łamie serce. Jest otoczony przez tak wielu ludzi, którzy mogliby mu pomóc, być jego sumieniem, wyprowadzić go z krawędzi, a nie zawsze to dostrzega.
W „Pomrukach burzy” akcja zapierała dech w piersiach. Brandon Sanderson jako pisarz, wykonał świetną robotę, nie lekceważąc historii, którą Robert Jordan wykreował. Chciał, aby historia była zgodna z tym, czego pragnął autor i to jest warte podkreślenia. W książce można się spodziewać krótszych rozdziałów, mniej zawiłych wątków, a fabuła rozwija się w zawrotnym tempie. Brandon Sanderson opisuje pewne miejsca i sceny ze szczegółami, ale było ich mniej. Ostatnia Bitwa nadchodzi niczym zbierająca się burza i nie mamy czasu na podziwianie widoku lasu czy kominka, doceniam tę zmianę, gdy stopniowo wspinamy się na tę ogromną kolejkę górską, węzeł w żołądku stopniowo rośnie, co jest mieszaniną podniecenia, oczekiwania i nerwowości dla naszych bohaterów. Koło Czasu było naprawdę nie lada przedsięwzięciem, epicką podróżą, która wprawia mnie w zdumienie, gdy patrzę wstecz na książki, dostrzegam, jak daleko zaszli główni bohaterowie. Wszystko musi się kiedyś skończyć i jestem podekscytowana przeczytaniem zakończenia, odczuwam lekką melancholię, kiedy widzę na horyzoncie Ostatnią bitwę.
Dotychczasowe jedenaście tomów zostało napisane przez Roberta Jordana, dlatego byłem ciekawy, ale i miałem pewne obawy, jak Brandon Sanderson poradzi sobie z tak rozbudowaną historią, z taką ilością wątków i postaci. Okazuje się, że bardzo dobrze! Wręcz chwilami można odnieść wrażenie, jakby dwunasty tom był w dużej mierze napisany przez Jordana i wymagał tylko niezbędnych korekt, czy modyfikacji, ponieważ styl pisania nie zmienił się zbyt wiele, choć Sanderson we wstępie zaznacza, że nie starał się kopiować stylu Jordana. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że Jordan zostawił Sandersonowi dużo materiału, dzięki czemu ten mógł oddać jak najlepiej ducha Koła Czasu, choć jednocześnie wniósł powiew świeżości do cyklu. Opisy są nieco mniej szczegółowe, ale za to bardziej treściwe. Podobnie rzecz ma się z dialogami - są bardziej konkretne, nie ma zbędnych dywagacji, czy rozmów o niczym. Sanderson nie zmienił tego, kim byli bohaterowie, ale nie da się ukryć, że zachowują się nieco inaczej - wiedzą, do czego zmierzają, nie snują długich rozważań na te same tematy, ale działają bardziej rzeczowo i konkretnie. Te drobne, ale całościowo znaczące zmiany, dobrze wpłynęły na tempo akcji, jak i mój odbiór książki. Jordan chwilami za bardzo skupiał się na bardzo drobnych szczegółach, szczególnie w ostatnich kilku tomach.
Pomruki burzy bardzo dobrze kontynuują wątki z poprzednich części, jeszcze bardziej można poczuć, że zbliżamy się do finału cyklu. Co ciekawe, cała historia miała zamknąć się w dwunastu tomach, ale po przejrzeniu materiału i rozpoczęciu pisania okazało się, że aby zakończyć cykl, będą potrzebne aż trzy opasłe tomy! Pomruki burzy stanowią zatem takie preludium do finału, ponieważ wiele pytań wciąż pozostaje bez odpowiedzi, a wręcz pojawiają się nowe niewiadome, a bohaterowie zmagają się ze swoim przeznaczeniem. Walki toczą się nie tylko na polach bitew, ale również w pałacach. Pozostaje mieć nadzieję, że niedługo na rynku pojawią się wznowienia dwóch ostatnich tomów cyklu i szybko poznam zakończenie.
Pomruki burzy to pierwszy z trzech tomów cyklu Koło Czasu, które Brandon Sanderson napisał po śmierci Roberta Jordana. Poradził sobie z tym zadaniem bardzo dobrze - zachował ducha cyklu, a jednocześnie opowieść jest bardziej konkretna. Polecam!
Jest dwunasty – z czternastu – tom „Koła czasu”. Moment smutny, bo raz, że finał, dwa, że już po śmierci autora i przez kogoś innego pociągnięte to dalej. A tym kimś innym jest akurat Brandon Sanderson, którego fanem niestety nie jestem. Ale tu naprawdę daje radę, zmienia nieco to wszystko, pozostając wierny i dobrze mu to wychodzi. A jak będzie dalej, czas pokaże. Acz lektura na letnie dni to w sam raz, bo co jest fajniejszego na wakacje, jak nie albo dobry horror, albo dobre, epickie fantasy będące, jak ta podróż w nieznane, wyprawa, na której się zmęczymy, ale przede wszystkim będzie nam fajnie? No a „Pomruki burzy” zaliczają się do tej drugiej grupy właśnie i dobrze tak doczekać się wznowienia na lato.
Jak wiadomo Ostatnia Bitwa nadciąga, Rand al’Thor robi więc wszystko i na wielu polach by się do tego przygotować. Jednocześnie musi zmagać się z tym, co tkwi w nim samym. A tymczasem Egwene al’Vere musi zmierzyć się z tym, co przygotował dla niej los…
Więc tak, był rok 2005, dwa lata po wydaniu dziesiątego tomu cyklu, „Rozstaje zmierzchu”, kiedy okazało się, że Jordan zapadł na rzadką (choć w ostatnich latach coraz częściej wykrywaną) chorobę – amyloidozę serca. Reszta opowieści stanęła pod znakiem zapytania, stan pisarza nie był najlepszy, więc jeszcze zanim tom jedenasty ujrzał światło dzienne, Jordan właściwie powierzył spisanie ostatniej odsłony serii Jamesowi Oliverowi Rigneyowi, Jr. Tak czy inaczej jego pragnieniem było skończyć chociaż dwunasty tom, domknąć najważniejsze wątki, na wypadek gdyby najgorsze nadeszło… No i najgorsze nadeszło zanim ten cel udało się osiągnąć i tu na scenie pojawia się Brandon Sanderson, wtedy już autor, któremu udało się wybić na rynku fantasy. Bo to właśnie on został wybrany na następcę Jordana, którego swoją droga był wielkim fanem. No i Sanderson wziął się i dokończył cykl, ale zamiast jednego tomu wyszły mu trzy i ten jest pierwszym z nich i…
No i widać, że Sanderson lubił, że cenił, że wie co i jak chce i że chce wiernie, ale przecież też i po swojemu. Więc opierając się na tym, co zostawił po sobie Jordan, nieco inaczej podchodzi do tematu i trochę odświeża cykl. Przede wszystkim, choć zdawałoby się, że rozciągnął rzecz o wiele bardziej, niż tego wymagała, bo jednak trzykrotnie ją wydłużając, okazuje się, że nadaje całości szybszego tempa i większej dawki akcji. I fajnie to się sprawdza – większość fanów uznała te jego tomy za najlepsze z serii, dla mnie trzymają poziom i tyle w temacie. Można powiedzieć, że dobrze, że rzecz trafiła w ręce Sandersona, który może i wybitnym pisarzem nie jest, ale tu postarał. No i przede wszystkim okazało się, że czuje temat – chyba nawet bardziej, niż sporo własnych książek, w które wkradało mu się za dużo także stylistycznego infantylizmu, by mnie porwały tak, jak na to liczyłem.
Więc można być zadowolonym. Dobry tom dobrej serii, mimo zmiany autora. i kawał epickiej rozrywki spod szyldu fantasy, która fajnie powoli zaczyna wieńczyć dzieło.
Miałam obawy bo to pierwszy tom napisany przez Sandersona, ale jestem zachwycona. Gorąco polecam!